Na zawody wybraliśmy się we czterech (niczym D’Artagnan i trzej muszkieterowie, ewentualnie Czterej Pancerni tyle, że bez psa) – Grześ Białobrzewski, Krzysztof Żebrowski, Michał Suchcicki i niżej podpisany. Niby wszystko jak należy; samochód zatankowany, wymyty, wysprzątany, bagaże spakowane…tylko Misia musiałem zabrać, nie wiedzieć czemu sprzed bramy…Aresztu Śledczego w Ostrołęce. Jakiś taki wymizerowany tam stał. Aż szkoda było go nie zabrać.
Droga była długa i nużąca. Całe szczęście, że w trakcie postojów mogłem przeprowadzić wśród moich współpasażerów błyskawiczny kurs delikatnego zamykania drzwi w mojej nowej bryce marki Suzuki Swift, koloru szary metalik, o numerze rejestr…oj!…się zapędziłem (cudny mój…). Po kilku krótkich lekcjach chłopcy nauczyli się tego i owego o dobrych autach i zamykaniu w nich drzwi. Mieli sporo szczęścia…Ale pilnowali się wzajemnie i poszło im łatwiej i obyło się bez ofiar.
Katowice to duże miasto. Sporo starych kamienic, szarych bloków sypiących się ruder. W sumie nic specjalnego, poza oglądanym tylko przez szyby samochodu wspaniałym kościołem zbudowanym w stylu…z resztą czy to ważne („w stylu tej wiewiórki” – był po prostu imponujący). Niestety Katowice ma jedną zasadniczą wadę: na większości dużych, dwupasmowych ulic obowiązuje zakaz wjazdu. Ale co tam! W jedną udało nam się wjechać. Na szczęście wsteczny bieg jest w Suzuki równie sprawny jak wszystkie pozostałe. Po zakupieniu mapy miasta trafiliśmy do zarezerwowanego wcześniej Zajazdu Śląskiego.
Niewielki hotelik na skraju miasta, przy ruchliwej trasie sprawiał dość miłe wrażenie. Pokój czteroosobowy, łóżka w bezpiecznych odległościach od siebie. Było gdzie się umyć, gdzie przyłożyć głowę do poduszki. Najcudowniejszym był jednak fakt, że Zajazd Śląski usytuowany był
W hotelu spotkaliśmy przyjaciół z Tai Jutsu Kobyłka z sensei Renatą Naczaj – Fedorenko na czele. Miła atmosfera. Pogadaliśmy, wypiliśmy kawę, pośmialiśmy się i udaliśmy się na spoczynek do swojego pokoju. Pech chciał, że pokoje obydwu ekip usytuowane były obok siebie. Ściany zaś były niezwykle cienkie i wcale nie dźwiękochłonne! Poprzysięgliśmy krwawą wendettę chłopakom z Kobyłki za „zakłócanie porządku publicznego poprzez wszczynanie burd i imprezowanie do późnych godzin nocnych” – przynajmniej tak to przez naszą ścianę brzmiało. J Szczęściem mieliśmy Miśka. Jego chrapanie zagłuszyłoby nawet Boeinga 727. Więc przy dźwiękach znanych nam od dawna i miłych dla ucha mogliśmy spokojnie przespać noc.
Następny dzień rozpoczęliśmy oczywiście od sprawdzenia naszej wagi na sali Uniwersytetu Śląskiego. Wszyscy mieścili się w swoich kategoriach wagowych, więc spokojnie mogliśmy zjeść śniadanie. Zawody rozpoczęły się tuż po godzinie 11.00 na kameralnej sali gimnastycznej, na której zmieściły się „na styk” dwie plansze do walki. Niestety usytuowane były tak, że nie zawsze można było uciec w czasie walki poza matę, bo przestrzeń ograniczały…ściany.
Zawody zgromadziły czołowych fighterów grapplingowych z Polski, szczególnie z południa. Śląsk bowiem to zagłębie polskiego ju jitsu. Ogółem w zawodach wystartowało około osiemdziesięciu zawodników z kilkunastu klubów. Było ciężko. Zawodnicy świetnie wyszkoleni, silni, przebojowi. Jednym słowem – zawodowcy.
Toczyliśmy walki ze zmiennym szczęściem. Misiek kończył przed czasem. Walki. Grzesiek też. Z tą małą różnicą, że w przypadku Miśka to jego rywale klepali o matę z błagalnym wyrazem w oczach. Z Grzesiem było nieco inaczej. Ale trzeba oddać sprawiedliwość, że Grzegorz walczył z przeciwnikami starszymi od siebie o kilka lat. Jako młodzik zmuszony był do walki z juniorami. Grzegorz – respekt! Mnie udało się przegrać pierwszą walkę przez trzymanie (nie miałem gdzie uciekać przez te ściany). Druga walkę wygrałem przez zaduszenie przeciwnika zza pleców. Niestety trzecia walka przerosła moje możliwości kondycyjne i poległem w dogrywce poprzez odliczone trzymanie. I dla mnie to był koniec turnieju. Misiek wygrał swoją kategorię wagową. Podobnie Krzysztof, ale on wystartował również w drugiej, cięższej kategorii (ale tu już nie dał rady).
Nasi przyjaciele z Kobyłki nie ugrali wiele. Ale zgodnie ze swoimi założeniami na pewno wiele się nauczyli i przetestowali. Trzymaliśmy kciuki, ale nic to nie dało. A waliliśmy w ścianę, żeby już poszli spać, żeby zdążyli wypocząć! Ale nieee…ale nieee…
Wracaliśmy dość szybko i sprawnie. Efekty przyspieszonego kursu lekkiego zamykania drzwi w super samochodzie dały swoje efekty w drodze powrotnej. Po drodze minęliśmy karambol czterech TIR – ów i samochodu osobowego, czego efektem był kilkukilometrowy korek na autostradzie. Na szczęście na przeciwległym pasie. Bez większych przygód i przeszkód dotarliśmy około 23.00 do domu.
Zdobyliśmy kolejne doświadczenie. Pewnych rzeczy się nauczyliśmy – ja, że wiele pracy przed nami, chłopcy – jak zamykać cicho drzwi w moim samochodzie, aby nie narazić życia na szwank.
Wojciech Dudkowski
Strona główna
Kontakt
