Dojechaliśmy na miejsce skoro świt, a w zasadzie kiedy słońce o tej porze roku już dawno wysuszyło promienie po nocnej kąpieli w Bałtyku, czyli około siódmej rano. Wyskoczyliśmy z autokaru jak skowronki wyglądając luksusowego, pięciogwiazdkowego hotelu, a ujrzeliśmy, że zacytuję fragment filmu z Cezarym Pazurą: „K…. Łódź!” Szare, brudne bloki, puste, smutne ulice; tylko jaskrawe słońce dawało nadzieję, że będzie dobrze. Pomyśleliśmy, że to chyba nie tu. Wszak strona internetowa chyba nie kłamała. Czyżbyśmy byli aż tak uzależnionym od Internetu i elektroniki pokoleniem, że daliśmy się tak łatwo nabrać!? Niemożliwe! Przecież nasza grupa jest niemalże wielopokoleniowa! Ktoś ze starszych musiałby się połapać prędzej czy później, że to podpucha! No i chyba się połapał…tyle że później niż wcześniej. Tym bardziej, że obok ogromnego, nieładnego bloku wisiał na ścianie, nad jakimś wejściem dumny napis „Dom Rybaka”! Od kiedy to rybacy mieszkają w blokach!? Na szczęście okazało się, że nasze kwatery znajdują się za owym blokiem i nieco na prawo od niego. A jedynie wejście było usytuowane tak niefortunnie, że sprawiało wrażenie klatki schodowej owego gigantycznego straszydła.
Nie witano nas kwiatami, chlebem ani solą. Hol był pusty. Na szczęście kuchnia i stołówka już pracowały, mogliśmy więc zasięgnąć języka (jeńców nie braliśmy). Miłe (jak się później okazało – szkoda, że tak późno - wywarliśmy podobne wrażenie na naszych rozmówczyniach) panie obsługujące stołówkę poinstruowały nas odpowiednio i zanim pojawił się szef owego przybytku zostaliśmy ugoszczeni śniadaniem. Nasz pierwszy posiłek na drugim obozie! Przeżycie chyba niegodne długiego opisu; ot, jak zawsze dla naszej bandy – smacznie acz nieco mało!
Zostaliśmy zakwaterowani w czterech pokojach. Różnego standardu, ale chyba nikt nie narzekał. Jeśli nie było rewelacyjnie w pokoju, to nadrobiono to wstawieniem telewizora z kilkoma kanałami; jak nie było telewizora, to standard pokoju był nieco wyższy i nowsze wyposażenie. W każdym razie po śniadaniu i wstępnym wypakowaniu rzeczy udaliśmy się na pierwszy trening. Hala „Milennium” w Kołobrzegu to wysokiej klasy obiekt sportowy, ze wszelkimi chyba możliwymi wariantami uprawiania sportu (nie widziałem tylko stołów szachowych). Trenowaliśmy na macie zapaśniczej. Trochę trudno nam było się przestawić z naszego dość twardego tatami na sprężystą i miękką w zasadzie matę zapaśniczą. Ale człowiek, a Gladiator w szczególności, jest w stanie przyzwyczaić się do wszystkiego. Poznaliśmy halę, potrenowaliśmy na macie i wybraliśmy się na spacer nad morze. Opis morza? Hmm…Dużo wody. Chyba starczy. Za to plaża…
„W bikini opalona skonam…”
….palce lizać…Pogoda pierwszego dnia dopisywała, więc spory tłumek już zasiedlał każdy centymetr kwadratowy piasku. Wróżyło to ciężką walkę o ziemię, ale krzepiliśmy się myślą, że nam wiele nie trzeba. A nawet jeśli to jesteśmy w stanie wywalczyć sobie kilka metrów kwadratowych, jeśli nie siłą to podstępem.
Po powrocie ze spaceru zjedliśmy obiad. Podobnie jak śniadanie pyszny ale skromny. Postanowiliśmy więc walczyć o swoje i chyba od tego momentu panie kucharki odmierzały porcje nasza miarą. Było lepiej. Popołudnie spędziliśmy na odsypianiu nieprzespanej nocy, a wieczorem dokończyliśmy rozpakowywanie.
Zobacz galerię zdjęć z pierwszego dnia pobytu na obozie.
Strona główna
Kontakt
