Kołobrzeg 2007 Podróż
4 sierpnia wyruszyliśmy w realną podróż do Kołobrzegu. O 21.05 (pięć minut zajęło nam oczekiwanie na pojawienie się Pielgrzyma Zańka – a, że droga z Jasnej Góry pod ostrołęcki dworzec to nie w kij dmuchał, więc mu wybaczyliśmy) załadowanym po brzegi materiałem ludzkim i materią martwą w postaci naszych bagaży ruszyliśmy autokarem marki Mercedes (najlepsi jeżdżą najlepszą marką). Odjechaliśmy w mrok tracąc z oczu światła naszego rodzinnego miasta. Nie było łzawych, długich pożegnań z rodzicami, czułych słówek i szlochania w chusteczki. Szczerze powiedziawszy wydawało mi się przez chwilę, że w oczach uczestników błysnął radosny, czerwony napis: „Uff! Nareszcie!”, a w oczach rodziców radosny, czerwony napis: „Uff! Nareszcie!”. Dam głowę, że kiedy wsiadałem do autokaru jako ostatni słyszałem jak jeden z rodziców wesoło nucił zacierając ręce:
„Wyjechali na wakacje wszyscy nasi podopieczni
Gdy nie ma w domu dzieci, to jesteśmy niegrzeczni…”
A kierowca westchnął: „Uff! Nareszcie…”. I tyle nas Ostrołęka widziała.
Noc w autokarze pełna była „glonojadów”, „braciszków”, „kosmonautów”, „popielniczek”, a nade wszystko „dzięciołów”…wszak różne są sposoby spędzania noclegu w trasie. Niektórzy, co bardziej delikatni, z kręgosłupem (nie moralnym) dość kruchej konstrukcji postanowili oddać hołd swoim przodkom, którzy przed milionami lat zeszli z drzew na ziemię; wyścielili sobie podłogę tarczami do kopania i słodko drzemali mając nad sobą zazdrosne spojrzenia kolegów i koleżanek, którzy jeszcze z drzew zejść nie zdążyli i na taki pomysł nie wpadli. Zatrzymywaliśmy się na tyle często, że zanim człowiek na dobre zdążył „zassać” coś z szyby lub wydziobać coś w siedzeniu przed sobą, to już musiał się budzić, żeby wyjść za potrzebą (chciał czy nie chciał, bowiem autokar skonstruowany był w ten sprytny sposób, że jeśli chciała wysiąść jedna osoba to musieli wysiadać wszyscy pasażerowie…to jak zwiedzanie IKEA – nie wyjdziesz jak nie zobaczysz/kupisz wszystkiego). W sumie podróż nadzwyczaj spokojna i bez większych niespodzianek. Nawet kierowca nie przysnął ni razu. Chwała mu za to, bo inaczej nie byłoby dalszej części relacji. Zapraszamy do obejrzenia zdjęć w Galerii.
„Wyjechali na wakacje wszyscy nasi podopieczni
Gdy nie ma w domu dzieci, to jesteśmy niegrzeczni…”
A kierowca westchnął: „Uff! Nareszcie…”. I tyle nas Ostrołęka widziała.
Noc w autokarze pełna była „glonojadów”, „braciszków”, „kosmonautów”, „popielniczek”, a nade wszystko „dzięciołów”…wszak różne są sposoby spędzania noclegu w trasie. Niektórzy, co bardziej delikatni, z kręgosłupem (nie moralnym) dość kruchej konstrukcji postanowili oddać hołd swoim przodkom, którzy przed milionami lat zeszli z drzew na ziemię; wyścielili sobie podłogę tarczami do kopania i słodko drzemali mając nad sobą zazdrosne spojrzenia kolegów i koleżanek, którzy jeszcze z drzew zejść nie zdążyli i na taki pomysł nie wpadli. Zatrzymywaliśmy się na tyle często, że zanim człowiek na dobre zdążył „zassać” coś z szyby lub wydziobać coś w siedzeniu przed sobą, to już musiał się budzić, żeby wyjść za potrzebą (chciał czy nie chciał, bowiem autokar skonstruowany był w ten sprytny sposób, że jeśli chciała wysiąść jedna osoba to musieli wysiadać wszyscy pasażerowie…to jak zwiedzanie IKEA – nie wyjdziesz jak nie zobaczysz/kupisz wszystkiego). W sumie podróż nadzwyczaj spokojna i bez większych niespodzianek. Nawet kierowca nie przysnął ni razu. Chwała mu za to, bo inaczej nie byłoby dalszej części relacji. Zapraszamy do obejrzenia zdjęć w Galerii.
Strona główna
Kontakt
